poniedziałek, 7 listopada 2016

Ludzie Bytomia >> Samotność Złomiarza

Błoto podwórka na czas jakiś wyschło i, pyląc, trafia do płuc razem z zapachem węgla palonego w piecach. Okno kadruje widok na czarną ścianę, z której tynk wciąż odpada, choć wydaje się, że odpaść już nie ma co. Oprócz tego, w ramie okiennego obrazu, mieści się metalowa drabinka, z której żółta farba schodzi płatami. Wbrew wszelkim przypuszczeniom, dzieci korzystają z niej jako swej świątyni zabaw, ratując smutek krajobrazu wyobraźnią. 

Na tej drabince usiadł, zmęczony, po godzinach łowów. To nie jest jego dzień. W pustej taczce jeden tylko pręt żelazny podąża z nim do miejsca transakcji, a często są to zwoje kabli, blachy, fragmenty rur z kopalni. Tak, dzień po dniu, walczy o przetrwanie w tej potransfrormacyjnej magmie. Kiedyś życie było łatwiejsze, każdy miał swoje miejsce w tym świecie, mawiają jego rówieśnicy. A teraz to jest jego miejsce. Drabinka na brudnym podwórku, na którym robi sobie postój w drodze do skupu.

Nagle otacza go życie. Dzieci po zabawie w chowanego podbiegły, zaciekawione. Znają go, jego taczkę, często przychodzi w te okolice. Może nawet mieszka w jednej z kamienic. Widzę ich rozmowę, trwającą w całkiem długo. W pewnym momencie ciężkim ruchem podnosi się, sięga do taczki i swoją jedyną zdobycz przekazuje pewnej dziewczynce. Ta, triumfalnie, niczym z mieczem wzniesionym przed szarżą, odbiega w głąb podwórka, pociągając za sobą grupkę rówieśników. Z takim artefaktem zabawa na cały dzień zyskała niezwykłe urozmaicenie.

Usiadł z powrotem na drabince, której, choćby nie wiem jak mocno próbując, nigdy stąd nie wywiezie na taczce. Wzrok wbił w błoto podwórka, wyschnięte na jakiś czas na suchy pył. To nie jest jego dzień. Wróci dziś do domu z pustymi rękoma.