Małe miasta nie wymierają. One powoli i po cichu zapadają w letarg. Dużo mówi się o demograficznej katastrofie Łodzi, Wałbrzycha i miast Górnego Śląska. Tymczasem wg GUS (dane na rok 2017) 539 spośród 704 małych miast (między 5 a 20 tys. mieszkańców) odnotowuje ujemne saldo migracji, na co dodatkowo nierzadko nakłada się problem ujemnego przyrostu naturalnego.
Następuje reakcja łańcuchowa, ponieważ wykluczenie transportowe i brak perspektyw powodują odpływ głównie ludzi młodych, co z kolei powoduje zmniejszenie się dochodów z podatków, i w rezultacie pogorszenie jakości usług publicznych skutkujące jeszcze większym eksodusem.
Wg autorów projektu badawczego Światła Małego Miasta, 28% mieszkańców małych miast chciałoby je opuścić. Więcej, bo jedna trzecia, po prostu to robi - i to tylko biorąc pod uwagę wyjazdy za granicę wśród osób poniżej 30 roku życia. Część osób jednak decyduje się na powrót, np. po zebraniu kapitału na otworzenie biznesu w rodzinnej miejscowości.
Tak czy inaczej, „wyzwanie polega nie tyle na tym, by zmienić saldo migracyjne z ujemnego na dodatnie. Chodzi o to, by wyjeżdżało mniej osób”, jak słusznie zauważa Patryk Słowik w artykule Wyludnione małe miasta. Tam najwyraźniej widać starzejące się społeczeństwo (DGP 03.11.2017).
Taki też cel przyświeca projektowi Postmiasta - chodzi o porzucenie złudzeń że trendy demograficzne da się odwrócić i o działanie dla dobra tych, którzy w wyludniających się miastach zostają.